Śmierć generała von Fritsch. Niemieckie fałszerstwa
Autor: kurierSkruda, dn. 19 grudnia 2011
kościół skrudzki

Autor: Pan Szymon Kazimierski.

Pisząc ten artykuł chcę skoncentrować się tylko na samym fakcie śmierci generała. Zakładam, że osoba generała v. Fritsch jest na tyle znana, że czytelnicy wiedzą, o kogo chodzi.

Przyjęło się uważać, że śmierć generała i okoliczności jego śmierci otoczone są zasłoną jakiejś tajemnicy. Tymczasem generał nie poległ śmiercią tajemniczą, ale śmiercią jak najbardziej zwyczajną. Został zastrzelony przez polskich żołnierzy. Poległ w miejscowości Cechówka, leżącej na wschód od Sulejówka, dobrze wszystkim znanego, bo związanego z osobą marszałka Piłsudskiego.

Cechówka kilkakrotnie zmieniała nazwę. Przejściowo nazywała się Miłosną, by ostatecznie zostać przyłączona do miasta Sulejówek. Generał został zastrzelony, jak już powiedziałem w Cechówce lub, jak kto woli w Miłośnie 15 września 1939 roku, dość wcześnie rano, bo około godziny siódmej.

Natychmiast po śmierci generała, Adolf Hitler i jego najbliższe otoczenie przystąpiło do fałszowania miejsca, czasu i okoliczności, w jakich generał poległ. Przede wszystkim, tam gdzie to się dało zrobić, utajniono fakt śmierci generała. O jego śmierci 15 września, nie dowiedziała się nawet jego rodzina.

Nie dało się tego uczynić z niemieckimi żołnierzami, będącymi razem z generałem pod obstrzałem Polaków, lub w jakiś czas potem maszerującymi obok zabitego generała leżącego przy drodze.

Gdy kiedykolwiek powiem, lub napiszę coś o prawdziwym miejscu i czasie śmierci von Fritsch’a, natychmiast podnosi cię chór strofujących mnie i przekonywujących, że przecież generał poległ 22 września koło warszawskiego Targówka na tak zwanym Zaciszu, że to już przecież zostało ustalone i opisane przez najbardziej znanych i szanowanych historyków, że jak śmiem, i tak dalej i tak dalej.

– No śmiem, bo wiem na pewno, że to ja mam rację, a nie owi zacni historycy.

Historycy mają swoje „miękkie” miejsce. Tym miejscem są tak zwane ŹRÓDŁA! Dla historyka przedmiot kultu, bez którego przestaje być historykiem.

Metoda oparcia się o źródła działa wyśmienicie dopóty, dopóki historycy opierają się o źródła prawdziwe. Z chwilą, kiedy historykom podrzuci się źródło fałszywe, historycy zaczynają pracować na korzyść fałszerza, walcząc zaciekle o wersję wydarzeń przedstawioną im w owym „źródle”. W sprawie śmierci generała von Fritsch tak się właśnie dzieje i historycy, w oparciu o niemieckie „źródła”, walczą o oficjalną, niemiecką wersję wydarzeń, jak lwy. „Źródła” przygotowali im jeszcze we wrześniu 1939 roku dość sprytni faceci z Gestapo i Sicherheitsdienst. Jest poza tym coś jeszcze. – Nikomu normalnemu nie przychodzi do głowy, że ktoś mógłby fałszować datę i miejsca śmierci generała. Bo niby dlaczego? Prawda? – No właśnie.

Dla zrozumienia postępowania Adolfa Hitlera w sprawie generała von Fritsch, konieczne będzie przypomnienie pewnych faktów.

5 listopada 1937 – narada w Kancelarii Rzeszy. Von Fritsch, feldmarszałek von Blomberg oraz minister spraw zagranicznych Rzeszy von Neurath, nie zgadzają się na rozpoczęcie wojny „o przestrzenie życiowe”.

9 listopada 1937 – von Fritsch udaje się na rozmowę z Hitlerem chcąc jeszcze raz przekonywać go, by odstąpił od pomysłu wojny. W trakcie tej rozmowy, von Fritsch dowiaduje się, że jego punkt widzenia jest gównem, poczym wylatuje z Kancelarii i z wojska, na razie na przymusowy urlop.

4 lutego 1938 – Adolf Hitler zmusza do dymisji generała von Fritsch i feldmarszałka von Blomberga.

Zaraz potem, nowy dowódca Wojsk Lądowych Wehrmachtu, generał von Brauchitsch, mianuje von Fritscha honorowym dowódcą 12 Pułku Artylerii w Schwerinie.

Tu koniecznie muszę dodać, że stanowisko honorowego dowódcy pułku nie było zaszczytem, ani nie uprawniało do jakiegokolwiek dowodzenia pułkiem. To była synekura dla starych i wysłużonych generałów, istniejąca w Wehrmachcie tylko zwyczajowo. Von Fritsch został przeniesiony w stan spoczynku, czyli właściwie wyrzucony z wojska. Aby zupełnie nie utracić z nim kontaktu, niemiecka generalicja wymyśliła taki właśnie, jedyny możliwy w przypadku von Fritscha sposób na jego pozostanie nawet nie w wojsku, ale przy wojsku.

Adolf, nie chcąc doprowadzić do otwartej wojny z generałami, zaakceptował ten fakt dokonany.

Na razie ani Adolf, ani generałowie, nie mogli zrobić niczego więcej. Zaraz później, a już najbardziej w czasie kampanii w Polsce, generałowie będą stale naciskali na Hitlera, aby przywrócił von Fritscha do dowodzenia. Von Fritsch był na miejscu, w Polsce, przy „swoim” 12 Pułku Artylerii. Choć tytularny tylko, honorowy dowódca mógł, a nawet powinien być podczas wojny przy swoim pułku. I to był ten pierwszy i najbardziej czytelny trick niemieckiej generalicji. Von Fritsch, dowódca honorowy, mógł nosić tylko mundur paradny. To było powodem, że podczas kampanii polskiej von Fritsch paradował wystrojony i świecący odznaczeniami jak bożonarodzeniowa choinka. Nie był to żaden goguś, ani laluś, jak piszą niektórzy. On po prostu nie mógł istnieć przy wojsku inaczej, niż w tym mundurze!

I jeszcze raz powtórzę. On niczym nie dowodził! A mimo to, wciąż się czyta i w opracowaniach polskich, a czasem nawet w niemieckich, że dowodził pułkiem artylerii podczas kampanii w Polsce. Dla niedowierzających, małe ćwiczenie z zakresu stopni wojskowych. Generał von Fritsch nie został zdegradowany, więc nadal pozostawał generałem pułkownikiem. 12 Pułk Artylerii wchodził w skład 3 Armii Wehrmachtu dowodzonej przez generała artylerii Georga von Küchlera, nota bene, przyjaciela naszego generała. Stopień generała pułkownika był wyższym stopniem od stopnia generała artylerii. Jak sobie można wyobrazić armię, w której jeden z wielu dowódców pułków artylerii ma stopień wojskowy wyższy, niż naczelny dowódca tej armii?

Proszę Państwa. 12 Pułkiem Artylerii dowodził pułkownik Korte i tylko pułkownik Korte!

Drugi trick niemieckiej generalicji nie został zrealizowany. Można się tylko domyślać, że planowane było stworzenie na froncie takiej sytuacji, która by wręcz zmusiła Adolfa Hitlera do ponownego powołania generała von Fritsch do dowodzenia. Wtedy niewykluczony był scenariusz, że natychmiast po objęciu dowództwa przez von Fritscha, nastąpiłby pucz generałów, aresztowanie Adolfa Hitlera i zakończenie działań wojennych. Trudno mi udowodnić, że to nie są tylko moje prywatne rewelacje, ale najprawdopodobniej, to właśnie było planowane. Generalicja niemiecka naprawdę coś montowała i do tego potrzebny był generał von Fritsch, nawet ten, w dość na froncie groteskowym mundurze paradnym. Cały plan upadł z chwilą zastrzelenia generała.

Czemu generał został zastrzelony właśnie w tej Cechówce – Miłośnie? Dlaczego generał znalazł się nagle w takim właśnie miejscu?

– Znalazł się tam, bo jechał ze „swojego” pułku z okolic Siedlec do Szczytna, gdzie wtedy stacjonowało AOK3, czyli Naczelne Dowództwo 3 Armii generała von Küchlera. Prawdopodobnie miał tam objąć dowództwo wielkiego szturmu na warszawską Pragę, który już był montowany przez dowództwo wojsk lądowych i Luftwaffe.

To była mała kolumna pancerna składająca się z sześciu samochodów pancernych, trzech motocykli (prawdopodobnie z karabinami maszynowymi na przyczepach, ale tego nie jestem pewien) i otwartej generalskiej limuzyny, w której jechał generał z towarzyszącym mu podporucznikiem Rosenhagenem.

Widziałem kiedyś w „Odkrywcy” zdjęcie tej limuzyny z obu panami na jej tylnym siedzeniu.

Rosenhagen został przydzielony do generała jako oficer towarzyszący już z chwilą pojawienia się generała w pułku, jeszcze przed atakiem na Polskę. W pułku każdy miał aż nadto zajęć, żeby jeszcze zajmować się generałem. Dowódca pułku przydzielił więc generałowi Rosenhagena, świeżo powołanego rezerwistę, z zawodu prawnika i tak dotrzymywali sobie towarzystwa, generał pułkownik w stanie spoczynku i podporucznik.

Kapitan Góralczyk. Tu jeszcze jako porucznik.
Kapitan Góralczyk. Tu jeszcze jako porucznik.

 

Kolumna, dojeżdżając do Miłosny, wjechała w ulicę Kilińskiego i zatrzymała się tuż przed jej skrzyżowaniem z ulicą Hallera. Widać było, że kolumna „zgubiła się”. Oficerowie wyszli z samochodu i zaczęli studiować mapę. Żołnierze zeskakiwali z pojazdów, rozsiadali się w przydrożnych rowach, wyciągali jakieś kanapki, zapalali papierosy. Nikt nie pomyślał o wystawieniu choćby symbolicznego ubezpieczenia. Tak ich zobaczyli polscy żołnierze ze 103 Batalionu Strzelców. 103 Batalion Strzelców powstał z rezerwistów 1 i 2 Batalionu Manewrowego z Chojnic i Tczewa oraz 3 Batalionu z Rembertowa. Mobilizację ukończono 9 września w Rembertowie. Dowódcą batalionu został kapitan Stanisław Góralczyk.

Żołnierze 103 Batalionu, to była elita polskiej piechoty. Szczególnie znany był 3 Batalion, bo należał on do Komisji Doświadczalnej Wojska Polskiego i Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie. 13 września 103 Batalion wspierał działania Grupy Operacyjnej Kawalerii generała Andersa, która w bitwie o Mińsk Mazowiecki powstrzymywała 1 Korpus generała Petzela dążący do atakowania warszawskiej Pragi od strony wschodniej. Batalion walczył nieprzerwanie w dniu 13 wrześnie i jeszcze przez całą noc z 13 na 14 września. 14 września rano batalion wycofywał się w kierunku Warszawy, aż wieczorem doszedł do miejscowości Cechówka, w której kapitan Góralczyk zarządził nocowanie na biwaku. Wojsko już po prostu waliło się z nóg. Do Warszawy było jeszcze około 20 kilometrów. Rano 15 września, kapitan Góralczyk wysłał patrol aby rozejrzał się po Cechówce i poszukał gdzieś chleba. Chleba nie było w batalionie już od kilku dni.

Dębe Wielkie. Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. W rocznicę bitwy o Mińsk Mazowiecki przemawia były dowódca 103 Batalionu Strzelców kapitan Góralczyk. Za kapitanem strzelcy batalionu.
Dębe Wielkie. Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. W rocznicę bitwy o Mińsk Mazowiecki
przemawia były dowódca 103 Batalionu Strzelców kapitan Góralczyk.
Za kapitanem strzelcy batalionu.

 

Spyta ktoś z Państwa, skąd ja to wszystko wiem? – Wiem, bo urodziłem się i wychowałem w tej dziwnej Cechówce-Miłośnie, a mój ojciec Tadeusz Kazimierski wraz z naszymi sąsiadami, panami Aleksandrem Baliszewskim, ojcem i Michałem Baliszewskim, synem, skierowali żołnierzy Batalionu do piekarni pana Floreckiego, która właśnie piekła chleb. Tam właśnie doszło do boju spotkaniowego żołnierzy Batalionu z kolumną pancerną generała. Po tej potyczce, wszyscy wiedzieliśmy, że niedaleko naszego domu zastrzelono generała Fritscha. Mylący trochę był dodatkowy atak żołnierzy niemieckich na sąsiednie osiedle Zorza, gdzie Niemcy szli od domu, do domu, mordowali każdego, a domy palili. Po tej akcji Zorza przestała istnieć i rzeczywiście, jak pamiętam, Niemcy nie zostawili tam kamienia na kamieniu. Był to jednak zupełnie inny oddział wojskowy, niczym niezwiązany z kolumną generała i nie o śmierć generała Niemcom tam chodziło. Wróćmy jednak do naszej piekarni. Piekarnia, pechowo, znajdowała się przy ulicy Hallera!

Na razie jeszcze nic się nie działo. Kapitan Góralczyk zawiadomiony, że piekarnia za chwilę będzie miała chleb, rozkazał zarekwirować cały wypiek dla wojska, a podczas gdy żołnierze jedli śniadanie, razem z kilkoma żołnierzami poszedł do piekarni zapłacić za pobrany chleb.

Gdy już byli koło piekarni, nadbiegł jakiś cywil i bardzo zdenerwowany powiadomił kapitana, że na sąsiedniej ulicy Kilińskiego zatrzymała się właśnie niemiecka kolumna pancerna. Kapitan z żołnierzami, kryjąc się w gęstwinie krzaków i drzew, podpełzli do skrzyżowania Hallera i Kilińskiego.

Bardzo ciasno, zderzak w zderzak, stały równo ustawione wielkie samochody pancerne, generalska limuzyna i trzy ciężkie wojskowe motocykle. Trzech oficerów wpatrywało się w mapę. Jeden z nich na pewno był generałem. Świadczyły o tym czerwone klapy jego płaszcza. Spoza rozpiętego płaszcza błyskały złotem generalskie odznaczenia.

Kapitan kazał jednemu ze strzelców zostawić mu karabin i ładownice, a samemu, biegiem, wezwać z batalionu ile się tylko da, broni maszynowej. Gdy wysłany strzelec wycofał się. Kapitan dał rozkaz ognia. Pomysł był dobry. Pierwsza salwa miała skosić tych trzech oficerów, pozostawiając nieprzyjaciela bez dowodzenia, ale niestety. Wszyscy Polacy strzelili chyba wtedy do generała! Nikt nie potrafił odmówić sobie takiego strzału. Tylko dlatego, atak polskich strzelców przeżyli podporucznik Rosenhagen i ten trzeci oficer, zapewne dowódca kolumny.

Tak zginął generał von Fritsch. Jego śmierć, jak widać, wcale nie była tajemnicza. Została tylko mocno zakłamana. Bywało, że zakłamywana sprytnie, a bywało, że zakłamywana dość głupio i dlatego nie za bardzo dawało się wierzyć w tą niemiecką fałszywkę. Bezkrytycznie przyjmowali ją natomiast ludzie niezwiązani z jakimkolwiek wojskiem. Nie znając wojska, łatwo wierzy się w różne opowieści o generale pełzającym w mundurze paradnym po buraczanych bruzdach i strzelającym do Polaków z pistoletu na odległość 80 – 100 metrów. Wierzycie Państwo w takie brednie? A to jest raport feldfebla Kluckerta. Oficjalny dokument. Raport „naocznego świadka”!

Czemu tego „świadectwa” nikt nie przedstawia opinii publicznej? Nie jest ukryte za pancernymi drzwiami i otrzymałem je prawie natychmiast razem z całym kompletem dokumentów poświęconych śmierci generała. Więc co na to nasi historycy? Nie wiedzą o takich dokumentach, czy może boją się zbłaźnić posiadaniem takich „źródeł”?

Dlaczego fakt śmierci generała 15 września w Miłośnie należało zakamuflować? – Bo śmierć generała tak daleko od miejsca, gdzie powinien przebywać, zdemaskowała jakąś akcję generałów, o której Adolf Hitler nic nie wiedział! A to był przecież dopiero początek wielkiej wojny planowanej przez Adolfa. Hitler czuł, że generałowie coś przeciwko niemu knują. Gdyby się to wydało, obnażyłoby to słabość armii niemieckiej. Tak myślę, choć mogły być jeszcze jakieś inne powody, o których nie wiem.

Na koniec kampanii wrześniowej Adolf Hitler się zemści. Kriegsmarine i Luftwaffe zostały zasypane odznaczeniami i awansami, a Wojska Lądowe nie dostały nic! Ale teraz, żeby nikt nie zauważył pęknięcia na monolicie armii niemieckiej, należało podciągnąć 12 Pułk Artylerii pod Warszawę, a potem stworzyć pozory obecności generała przy tym pułku, a przede wszystkim pozory jego obecności na pierwszej linii w momencie rozpoznawania walką.

Do tego potrzebny był raport Kluckerta. Zucha z pierwszej linii ataku. Za ten raport, feldfebel Kluckert dostał urlop z frontu i awans na podporucznika. Starał się chłop, jak umiał, to i dostał nagrodę. Podporucznik Rosenhagen też musiał napisać odpowiedni raport, ale jak zobaczył raport Kluckerta, to się wściekł. Kluckert tak bardzo fantazjował , że aż się wygłupiał!

Przedstawienie odegrano 22 września tylko dlatego, że dopiero 22 września ukończono do niego wszystkie przygotowania. Od tego momentu „źródła” zaczęły pracować.

Trudniej było na miejscu zastrzelenia generała. Zanim przyjechała z Berlina ekipa „poprawiaczy historii”, generał już leżał w nowej trumnie (wykonanej przez miłośniańskiego trumniarza, pana Wiktora Uszyńskiego) we wsi Długa Kościelna, która jest położona o kilka kilometrów na wschód od Miłosny. Czekał w niej na przygotowanie miejscowego kościoła do uroczystości pogrzebowych. Przygotowania według wskazówek poprawiaczy polegały na wytapetowaniu wszystkich ścian kościoła przywożonymi zewsząd przez Niemców… firankami!!

Zabytkowy, mały drewniany kościółek w Długiej Kościelnej.
Zabytkowy, mały drewniany kościółek w Długiej Kościelnej.

 

Poprawiacze dobrze wiedzieli, co robią. Drewniany kościółek w Długiej Kościelnej miał zagrać rolę murowanego kościoła w Strudze, a firanki miały zasłaniać drewniane ściany kościoła i odgrywać rolę tynku w kościele murowanym. Żeby już zupełnie zabełtać w głowach, mówiło się wszystkim, że uroczystość odbywa się w kościele w Skrudzie. Nie w Strudze.

Potem zrobiono dwa zdjęcia. Kościoła w Strudze i kościoła w Długiej Kościelnej. To ostatnie wykonano podczas uroczystości pogrzebowych z udziałem kapelana i wysokich oficerów Wehrmachtu. Potem zrobiono z tych dwóch zdjęć, jedno zdjęcie. Zdjęcie miało przedstawiać uroczystości pogrzebowe generała von Fritsch w „kościele skrudzkim”. Skruda, owszem, była. To była maleńka stacyjka kolejowa na linii Warszawa – Mińsk Mazowiecki obok równie niewielkiej osady o tej samej nazwie. W Skrudzie nigdy nie było kościoła, ale za to Skruda leżała niedaleko Długiej Kościelnej, gdzie był kościół, w którym Niemcy urządzili generałowi von Fritsch nabożeństwo pożegnalne i swoją nazwą pięknie pasowała do Strugi!

Dość duży, murowany kościół w Strudze.
Dość duży, murowany kościół w Strudze.

 

.

Prawdziwe miejsce śmierci i nabożeństwa pogrzebowego generała v. Fritsch. Na wojskowej mapie polowej WP wpisano nazwy: Cechówka, Długa Kościelna, Skruda.
Prawdziwe miejsce śmierci i nabożeństwa pogrzebowego generała v. Fritsch. Na wojskowej mapie polowej
WP wpisano nazwy: Cechówka, Długa Kościelna, Skruda.

 

Nie dało się urządzić tego nabożeństwa w Strudze, jak to potem będą przedstawiać oficjalne „źródła” niemieckie, a wobec tego należało wszystkich przekonać, że kościół w Długiej Kościelnej, to kościół w Skrudzie, licząc całkiem słusznie na to, że Struga i Skruda z czasem bardzo skutecznie pomiesza się w każdej głowie. Polskiej i niemieckiej. A wszystko to po to, aby można było mówić, że zabitego 22 września generała przewieziono do kościoła w Strudze. Do Strugi nie można było odwozić ciała generała z okolic Miłosny, należało więc ogłosić, że śmierć generała nastąpiła gdzieś w okolicach warszawskiego Targówka, co też zostało ogłoszone. W każdym bądź razie proszę pamiętać, że Struga została wybrana na miejsce przyszłej, fałszywej uroczystości pogrzebowej, już na tydzień przed rzekomą śmiercią generała 22 września.

Fałszywe miejsca śmierci i nabożeństwa pogrzebowego generała v. Fritsch. Na polowej mapie
WP wpisano nazwy: Folwark Lewinów oraz Struga (u góry mapy).

 

Po drodze z Zacisza (gdzie niby to poległ generał von Fritsch) do Strugi, stał ładny i okazały kościół w Markach. Może się komuś wydawać dziwne , dlaczego to nie do tego kościoła odesłano ciało generała. Ba! Marki co prawda są bliżej, ale Marki nie pasowały swą nazwą do nazwy Skruda. Struga natomiast bardzo pięknie do Skrudy pasowała!

Niemiecki fotomontaż, czyli „Kościół Skrudzki”.
Niemiecki fotomontaż, czyli „Kościół Skrudzki”.

 

Na zdjęciu widzą Państwo na lewo, boczny ołtarz kościoła w Strudze. Proszę zwrócić uwagę na jego nieproporcjonalną wielkości do wzrostu kapelana wojskowego (kapelan jest ze zdjęcia z Długiej Kościelnej), który nie wiem, czy stanąwszy koło tego ołtarza mógłby spojrzeć na jego mensę. Nikt nie robi ołtarza tak wysokiego, żeby ksiądz chcąc odprawić nabożeństwo musiał wchodzić na stołek! Ołtarz na zdjęciu tak wygląda, bo jest ołtarzem z innego kościoła i z innego zdjęcia. Po chwilowym zastanowieniu, od razu widać dysproporcję tego ołtarza do reszty zdjęcia. A resztę zdjęcia wypełnia widok kościoła w Długiej Kościelnej obwieszonego firankami. Proszę spojrzeć tuż na prawo od fałszywego ołtarza. Nisko przy ziemi widać wyraźnie frędzle firanek. Tak wygląda „Kościół Skrudzki”. Dzieło gestapowca Josefa Meisingera. Zdjęcie – fałszywka ukazało się 13 października 1939 w, wydanym przez Niemców po polsku, Ilustrowanym Kurierze Polskim. Zdjęcie, które Państwo widzicie i podpis pod nim wykonany przez Niemców w języku polskim – są autentyczne. Prosto z Kuriera.

Na tym zdjęciu jest jeszcze coś, za co, będąc na miejscu Adolfa Hitlera, kazałbym powiesić Meisingera na strunie od fortepianu. Niedbalstwo karygodne!!

Przed trumną generała, na wieńcu z jedliny wyłożono generalską kurtkę mundurową! Tę kurtkę konsultowałem specjalnie z oficerami Bundeswehry, specjalistami od tradycji i obyczaju wojska niemieckiego. Tu nie ma żadnych wątpliwości. Podczas pogrzebu wojskowego można było w ten sposób wyłożyć kurtkę mundurową tylko wtedy , gdy nosiła ślady śmiertelnych ran zadanych oficerowi.

Musiała więc być przestrzelona polskimi pociskami, może nawet pokrwawiona. Oficjalna wersja śmierci generała podaje, że generał zginął od postrzału (czy też rykoszetu) w udo. Wysoko. Przez kieszeń spodni. A tu przed Państwem leży kurtka generała! Oficerowie urządzający pogrzeb generałowi von Fritsch w kościele w Długiej Kościelnej nie mieli pojęcia, że pogrzeb generała już teraz zaczyna być manipulowany i urządzali wszystko w dobrej wierze i w zgodzie z niemieckim obyczajem pogrzebu wojskowego. Ta kurtka, wystawiona przez oficerów organizujących uroczystość pogrzebową, mówiła o postrzałach w pierś, jakie zadali generałowi strzelcy kapitana Góralczyka. A co mówili strzelcy? – Strzelaliśmy na te czerwone klapy generalskiego płaszcza!

Niemieckie kłamstwo właśnie zostało zdemaskowane! A Meisinger okazał się fujarą. Wieniec zapewne zauważył, ale nie docenił wymowy kurtki generała, jaka na nim leżała. Ale to przecież był szpicel z Gestapo, a nie oficer armii. Dobrze by było, żeby nasi historycy przestali nareszcie pić z tego zatrutego źródła……..

Autor: kurierSkruda
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy
Dodaj komentarz